Diagnoza odpływu

Google poszedł za daleko, przestrzelił oczekiwania. Jak mało który produkt Google, Wave nie jest intuicyjny. Poziom skomplikowania samej idei, już na starcie zniechęca. Diagnoza odpływu„Bo mi się podobają piosenki, które już raz słyszałem”. Tekst inżyniera Mamonia z „Rejsu” doskonale oddaje stosunek użytkowników do usługi Wave’a. Google poszedł za daleko, przestrzelił oczekiwania. Jak mało który produkt Google, Wave nie jest intuicyjny. Poziom skomplikowania samej idei, już na starcie zniechęca. Jeśli nie wgłębi się w zewnętrzne źródła wiedzy i nie spędzi godzin testując usługę, tak naprawdę nie wiadomo o co z Wave chodzi.

Wave miało zintegrować ze sobą różne metody komunikacji w sieci. Za pomocą fal mieliśmy wysyłać wiadomości do znajomych na wiele sposobów. Synchronicznie, czyli tak jak w popularnych komunikatorach oraz asynchronicznie, czyli jak za pomocą e-maila. W obu przypadkach pierwowzory okazały się bezkonkurencyjne. Cechą najpopularniejszych komunikatorów jest bowiem prostota i szybkość działania. Usługa Google jest do tego zwyczajnie zbyt rozbudowana. Jej dodatkowe funkcjonalności są zupełnie niepotrzebne jeśli chcemy tylko pogadać ze znajomymi o ostatniej imprezie, dowiedzieć się co będzie na najbliższym egzaminie czy pogadać z ciocią z Ameryki. Również jako e-mail Wave nie zawojował świata, również przez swój poziom złożoności.

Fala miała zmienić sposób pracy na dokumentach. Dzięki Wave kilka osób mogło redagować dokumenty i wprowadzać poprawki jednocześnie. Tylko, że sztuka pisania to metoda prób i błędów, ciągłego poprawiania, kreślenia, zaczynania od nowa. Gdy ktoś ciągle cię poprawia, staje się to zwyczajnie irytujące. A Wave jako serwis społecznościowy lub platforma mikroblogowa? Dla tych użytkowników, którzy wypróbowali Facebooka, te zapowiedzi brzmią śmiesznie.